Kogut Tasmański (fragment)

"[...] W miarę przemieszczania się w głąb lądu krajobraz pustoszeje, a lasy przemieniają się w pastwiska. Po minięciu kilku miasteczek decyduję się jechać na skróty, jak się później okazuje częściowo żwirowymi i polnymi drogami. Tu już nie ma domów ani farm. Kompletna pustka. Jedynie tysiące owiec pasących się na bezgranicznie otwartej przestrzeni. Wiatr wieje niemiłosiernie na tym pustkowiu znów miotając motocyklem na wszystkie strony. Pojawiają się również pierwsze dzikie kangury, ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zobaczę chwilę później, gdy wjadę do parku narodowego. Mimo, iż robi się późno, muszę jechać wolno. Kangury skaczą niebezpiecznie blisko drogi. Wiele z nich nie miało szczęścia i leżą rozjechane przy poboczu. Za każdym razem, gdy zatrzymuję się, kangury od razu rzucają się do ucieczki i znikają w buszu. Zdecydowanie trudniej je podejść niż ich oswojonych kolegów w rezerwacie. Po dłuższej jeździe wśród dzikich leśnych stworów zbliżam się do Halls Gap, turystycznej wioski w samym środku parku, gdzie dziś przenocuję. Już prawie jestem na miejscu, gdy przy drodze dostrzegam znów coś dziwnego. Wydaje się trochę za duże na kangura... Zatrzymuję się, a okazały struś odwraca się i przebiega mi drogę, po czym oddala się truchcikiem. Docieram w końcu do wioski, a tu kolejny szok. Inwazja kangurów. Tutaj zwierzaki najwidoczniej przyzwyczaiły się do ludzkiej obecności, gdyż okupują całymi stadami podwórka, drogi oraz pobocza, nie zabrakło ich nawet na stacji benzynowej... generalnie są wszędzie. Czas zameldować się do motelu i ruszyć w poszukiwaniu kolacji. Na szczęście jest tutaj całkiem przyzwoita knajpka, w której w końcu udaje mi się przełamać rybną passę. Wchłaniam baranie żeberka popijając je miejscowym browarkiem. Po zmroku wracam piechotą do motelu, uważając żeby nie nadepnąć na jakiegoś węża, choć prawdopodobieństwo wypatrzenia czarnego węża tygrysiego na asfalcie w tych niemal kompletnych ciemnościach równe jest zeru. Dookoła słychać skaczące kangury, które odprowadzają mnie nie tylko wzrokiem. Ostatni rzut oka na przepiękne gwiaździste niebo i nurkuję w głęboki sen. W Halls Gap spędzam dwie noce, jest więc okazja zdjąć kufry i pohasać nagim GS’em po łonie natury. Budzę się bez zbytniego pośpiechu, w końcu mam cały dzień na eksplorację parku. Zrzucam ładunek i lekkim motocyklem ruszam z kopyta. Dziś królują głównie żwir, piasek i glina, jeśli chodzi o nawierzchnie dróg przecinających góry porośnięte gęstym tropikalnym lasem. Dopisuje też ptactwo, które pojawia się przede mną we wszystkich kolorach, jakie mogę sobie tylko wyobrazić. Na zróżnicowanie ptasich rozmiarów również nie mogę narzekać. Szczęśliwym trafem kilka minut po włączeniu kamery przed pędzącym motocyklem pojawiają się trzy strusie, które również uderzają z kopyta i salwują się ucieczką. Następnie w czwórkę pokonujemy kolejne kilkaset metrów, strusie na przedzie bombardując szybkę mojego kasku żwirem wyrzucanym spod "racic" i ja tuż za nimi depcząc im po piętach. W końcu strusie skręcają między drzewa pozbywając się motocyklowego ogona, a ja kontynuuję samotną jazdę. Od czasu do czasu lituje się nade mną jakiś dziki kangur przelotnie dotrzymując mi towarzystwa. Wczesnym wieczorem wracam do wioski wyczerpany. Mimo, iż było dzisiaj dużo frajdy, czuję zmęczenie. Na miejscu znów witają mnie podskakujące zastępy kangurów. Kangury generalnie sprawiają wrażenie sympatycznych stworzeń. Co więcej, jak dowiedziałem się na dzisiejszej kolacji zdecydowanie dadzą się lubić. Delikatne filety z kangura rozpływały się wręcz w ustach, zwłaszcza w połączeniu z ostatnimi gatunkami tutejszego piwa, które jeszcze pozostały mi do zdegustowania. Jeszcze tylko rzut okiem na kolorowe ptactwo za oknem i przed jutrzejszym powrotem wcześnie uderzam w kimono. [...]"
Shopping Cart