Drakula vs Czyngis-Chan (fragment)
"[...] Okazuje się, że dziś zaczepiamy o pustynię Gobi, której odnoga, niczym wystawiony przez Chiny język, wystaje w naszą stronę. Nic więc dziwnego, iż porywiste wichry próbują położyć nas, niczym nawałnica amerykańskich rakiet podczas operacji Pustynna Burza… Skoro już o rakietach mowa, obraz ten przypomina nieco inna planetę. Dojeżdżamy do jakiejś niewielkiej miejscowości i znajdujemy stację benzynową. Tym razem, mimo kompletnego odludzia, jest to stacja z prawdziwego zdarzenia, a wiata oraz wybetonowany plac pośrodku niczego, faktycznie przypominają jakieś zaimprowizowane lądowisko dla wahadłowców, otoczone niewielką grupą lepianek i jurt, również przypominających świeżą kolonię Ziemian na niedawno odkrytej planecie, gdzie ludzka stopa dopiero, co postawiła swe pierwsze kroki. No, ale betonowy CPN stoi i mimo, iż całkiem odstaje tutaj od pozostałej scenerii, na tym pustynnym wygwizdowiu, dla nas jest jak najbardziej oazą z życiodajnym źródełkiem. Nie wspominając o wiacie rzucającej, choć przez chwilę, nieco cienia na nasze zjarane słońcem facjaty.
Po małym odpoczynku, który towarzyszy tankowaniu naszych jednośladowych łazików, czas ruszać dalej na podbój mongolskiej planety. Przez wymieszaną ze stepem pustynię, prowadzi nas jedyna droga gruntowa, przecinająca wielkie połacie azjatyckiej ziemi. Czasem tylko rozmijamy się z jakimś tirem, który w tumanach niebotycznego kurzu, niczym frezarka uporczywie zdziera kolejną warstwę tej delikatnej szutrowej nawierzchni. Jedziemy tak aż do zachodu słońca. Zachód na środku stepu znów mieni się spektakularną kolorystyką, a po przeciwnej stronie nieboskłonu niebo zabarwia różowa poświata, na środku której, niczym dioda iskrzy się księżyc w pełni. Wieczorny spektakl światła i różnorodność barw nadaje tutejszej scenerii raczej nieziemski powab oraz nienaturalne piękno. Po prostu czad! Pomimo nadchodzących ciemności, widowisko to wprawia nas w dobre nastroje zwłaszcza, iż nasz wierny towarzysz podróży księżyc, błyskiem swego srebrnego globu, niczym morska latarnia poprowadzi nasze okręty poprzez nocne otchłanie piaszczystych odmętów. Cała naprzód!
Bajeczne przedstawienie na nieboskłonie powoli dobiega końca, a po opadnięciu kurtyny zapada nieprzenikniony zmrok. Nieprzenikniony dla wzroku, ale z pewnością nie dla naszych rumaków, które niczym cyklopy ze świecącym okiem reflektora, niestrudzenie przedzierają się przez te mongolskie ciemności... Niczym górnik z latarką na czole, przez swój okular rzucają wiązkę, która, jak przyćmiony kaganek rozświetla nam nieco dalszą drogę. A trzeba tutaj nadmienić, iż nocnej jazdy pozostało nam jeszcze sto kilometrów, gdyż taka właśnie odległość dzieli nas od dzisiejszego miejsca docelowego, czyli miasta Ałtaj. Sto kilometrów nocnego off’u! Nie zapowiada się to ciekawie, a mówiąc konkretniej, nie zapowiada się to ani mądrze, ani bezpiecznie. No, ale cóż, nie przyjechaliśmy tu w poszukiwaniu mądrości, tylko przygody… Dzień, czy też noc, plan trzeba by raczej wykonać, a czyhające po drodze pokusy, tudzież pułapki, niejednokrotnie próbują utrudnić nam to zadanie.
[...]"